Gorące tematy: Wolni i Solidarni Smoleńsk Zostań BLOGEREM! RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
148 postów 1005 komentarzy

poszukiwania

Ewa Rembikowska - Spojrzenie na współczesność przez pryzmat historii mojej wielkopolskiej rodziny.

Cała nadzieja w psach...

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

To wydarzenie stało się punktem zwrotnym w historii psiej poczty na Alasce.

 W okresie „gorączki złota” na Alasce  rząd Stanów Zjednoczonych  założył posterunki wojskowe w Nome i St. Michael oraz w interiorze. Wojsko przeciągnęło pomiędzy nimi  linie telegraficzne.  Zimą był to jedyny  szybki sposób komunikacji ze światem. Niestety dotyczył tylko przekazywania informacji.  Najbliższe miasto Nenana, do którego docierał pociąg  było oddalone od Nome o ponad tysiąc kilometrów.  Psi zaprzęg  pokonywał tę trasę w ciągu 25 dni i wyruszał co dwa tygodnie.

 

W dniu 22 stycznia 1925 roku lekarz Curtis Welch z miasta Nome na Alasce wysłał do Ministerstwa Zdrowia USA telegram następującej treści:
 
Epidemia błonicy prawie nieunikniona. Stop. Pilnie potrzebuje miliona jednostek surowicy przeciwbłoniczej. Stop. Transport jedynie pocztowy. Stop. Wniosek do komisarza terytorium ds. zdrowia o przeciwciała wysłany. Stop.
 
Rozpoczął się wyścig z czasem.
 
Zdobyć lekarstwo
 
Welch dysponował zapasem 80 tysięcy jednostek surowicy, które mogły wystarczyć dla zaledwie kilku pacjentów. Chorych przybywało. Błonica była wówczas straszną chorobą, zbierającą śmiertelne żniwo głównie wśród dzieci, a przy tym niezmiernie zaraźliwą. Lekarz bał się, że epidemia może rozszerzyć się na pozostałe nadmorskie miejscowości położone wokół Nome. Wiedział też, że rdzenni mieszkańcy tej ziemi są kompletnie nieodporni na choroby przywlekane przez białych osadników.
 
Tymczasem Rada Miejska w Nome zarządziła kwarantannę w mieście. Podczas debaty jak najszybciej przetransportować surowicę jeden z członków Rady Mark Summers poddał pod dyskusję projekt, by równolegle z przeciwległych krańców wyruszyły dwa psie zaprzęgi i spotkały się  Nulato, leżącym mniej więcej w połowie drogi z Nome do Nenany, gdzie miała być dostarczona surowica. Z Nome miał wyruszyć Leonard Seppala. Było tylko jedno ale… Rada Miasta nie wiedziała, kiedy Służba Zdrowia Publicznego Stanów Zjednoczonych zgromadzi potrzebny 1 milion jednostek antytoksyny i kiedy wyśle lek do Seatle, skąd popłynie on na Alaskę do portu Steward, by pociągiem przejechać do Nenany. W najlepszym wypadku surowica mogłaby dotrzeć do potrzebujących pod koniec lutego.
 
Tak się jednak szczęśliwie złożyło, że 26 stycznia dyrektor szpitala z miasta Anchorage, znajdującego się na trasie linii kolejowej Steward – Nenana znalazł w swoich magazynach 300 tysięcy jednostek surowicy i postanowił natychmiast je wysłać, nie czekając na decyzję Waszyngtonu.
 
Wielkie poświęcenie
 
Podróż pociągiem w głąb lądu trwała dobę. To było prawie 700 kilometrów. Surowica miała się znaleźć w Nenanie 27 stycznia w nocy. Teraz decyzja należała do gubernatora Alaski: czy  paczka z lekarstwem ma być dostarczona tradycyjnie, psim zaprzęgiem, czy zaryzykować i wysłać ją samolotem z Fairbanks.
 
Gubernator po rozważeniu wszystkich za i przeciw postawił na psy. Zmodyfikował jedynie  pierwotny pomysł, by na spotkanie z Seppalą w połowie szlaku wyjechał jeden zespół. Zadecydował, że cała trasa zostanie podzielona na odcinki, obsługiwane przez najlepszych poganiaczy w danym regionie. Zaprzęgi będą podróżować dniem i nocą, póki nie spotkają się z zaprzęgiem Seppali, który zawiezie lek do celu.
 
27 stycznia rano z Nome do Nulato wyruszył Leonard Seppala. Ten doświadczony przewoźnik zabrał ze sobą dwa zaprzęgi psów. Gdy jeden ciągnął ładunek, drugi odpoczywał biegnąc obok. Taki system pozwolił poganiaczowi jechać prawie non stop.

Tego samego dnia tylko późnym wieczorem, gdy tylko pociąg z lekami przybył do Nenany. Pierwszy w sztafecie maszer, Wiliam Shannon, zwany Dzikim Billem odebrał od konduktora dziesięciokilogramową paczkę, dobrze przytwierdził do sań, stanął na płozach, zwolnił hamulec i ruszył przed siebie. W jego zaprzęgu biegło  9 psów. Prowadzi je 5 letni Blackie. Pozostałe psy były młode i niedoświadczone.

Shannon miał do przebycia odcinek 83 kilometrów. Droga była w okropnym stanie, gdyż kilka dni wcześniej głębokie dziury w śniegu zostawił konny zaprzęg, narażając psy na zranienie łap i uszkodzenie stawów. Shannon zdecydował się zjechać na rzekę Tanana i podróżować po lodzie. W pewnym momencie Blackie gwałtownie skręcił o mało nie wyrzucając maszera z sań. Okazało się, że mądry pies w ostatnim momencie ominął otwór w lodzie wyżłobionym przez prąd rzeki. Tymczasem temperatura spadła poniżej 50 st. C, poganiaczowi zaczęły kostnieć kończyny a cztery psy miały się coraz gorzej. Koło trzeciej w nocy ledwo żywi dotarli do zajazdu w Minto. Do Tolvany, gdzie czekał na niego następny maszer miał jeszcze 35 kilometrów. Przez cztery godziny siedział przy piecu, pijąc gorącą kawę, by dojść do siebie. Rano okazało się, że trzy psy mają odmrożone płuca i nie nadają się do dalszej jazdy. Shannon ruszył w dalszą podróż z zaprzęgiem sześć psów. Na miejsce dotarł  przed jedenastą. Twarz miał odmrożoną, także psy były w fatalnym stanie. Trzy: Szczeniak, Jack i Śmigacz nie przeżyły tego biegu. Prawdopodobnie nie udało się również uratować Niedźwiedzia.
 
Sztafeta trwa
Po drutach telegrafu poszła wiadomość, że surowica wyjechała z Tolvany o jedenastej rano. Następnym maszerem był Edgar Kallands. Miał do przebycia 54 kilometry do Manley Host Springs. Zabrało mu to ponad pięć godzin. Temperatura była tak niska, że właściciel gospody musiał lać gorącą wodę na brzozowy pręt, by uwolnić ręce poganiacza, gdyż jego rękawiczki przymarzły do poprzeczki sań.
 
Tego samego dnia w sztafecie brało udział jeszcze dwóch maszerów. W nocy przesyłka dotarła do Tanany. Do celu było jeszcze 800 kilometrów. 29 stycznia sztafeta liczyła sześć zaprzęgów i pokonała razem dystans 274 kilometrów.
 
30 stycznia pierwszy odcinek Gallena – Bishop Mountain, liczący 29 kilometrów George Nollner przebył bez przygód. Drugi w kolejności był Charlie Evans, który rozpoczął 48 kilometrową podróż z Bishop Mountain do Nulato o wpół do piątej po południu. Po przebyciu szesnaściu kilometrów wpadł w gęstą mgłę lodową. Nie widział nic. Musiał zaufać psom. Jednocześnie wiał bardzo silny wiatr.  Na piętnaście kilometrów przed Nulato z powodu ran na łapach oraz odmrożeń padły mu dwa psy prowadzące. Musiał je umieścić w koszu sań, założył uprząż na barki  i sam  poprowadził zaprzęg.  Do celu dotarł koło dziesiątej rano. Psów nie udało się uratować.
Ponieważ Seppala nie dotarł jeszcze do Nulato, postanowiono nie czekać tylko szukać go na szlaku. Tego dnia w sztafecie brało udział pięc zaprzęgów. Przejechano razem  254 kilometry.
 
31 stycznia Myles Gonangan podjął decyzję, że ze względu na wiatr nie przetnie Zatoki Nortona tylko podąży szlakiem wzdłuż zatoki. Teren był mocno pofałdowany z licznymi zakrętami. Coraz częściej spotykał zaspy, psy grzęzły w głębokim śniegu, nie mogąc ciągnąć sań. Maszer musiał ubijać śnieg rakietami śnieżnymi. W ciągu 5 godzin przebył zaledwie 19 kilometrów, docierając do opuszczonych chat obozu rybackiego. W jednej z nich rozpalił ognisko, by ogrzać surowicę. Czekał go 8 kilometrowy podjazd.  Na domiar złego zaczął wiać wiatr wprost na niego, spychając w dół cały zaprzęg. Wraz z wiatrem przyszła gwałtowna burza śnieżna. Całe szczęście maszer miał bardzo doświadczone psy, które doskonale znały tę trasę i były przyzwyczajone do skrajnych warunków  związanych ze zmieniającą się pogodą.
 

Gonangnan dotarł do miejscowości docelowej koło godziny piętnastej.  Ponieważ dalej nie było Seppali na trasę wyruszył kolejny poganiacz, rosyjski Eskimos – Henryk Ivanoff.  Jechał wzdłuż oblodzonego wybrzeża Zatoki Nortona. Jego celem była  osada Ungaklik. Jednocześnie miał pilnie wypatrywać zaprzęgu Seppali.  Niestety jego psy zwietrzyły renifera, próbowały go upolować, plącząc się w gmatwaninie lin i gryząc się nawzajem. W tym momencie nadjechał zaprzęg Seppali, jego psy też chciały przyłączyć się do tej zabawy, lecz poganiacz mocno ściągał cugle i usiłował szybko ominąć tę awanturę. O zmianie planów nic nie wiedział, śpieszył się do Nulato.

Ivanoff widząc zaprzęg z psami husky syberyjskimi, szybko zorientował się, że  to musi być maszer z Nome.  Krzyczał, lecz  gwizd wiatru był głośniejszy. W końcu udało mu się dogonić szybko przemieszczający się zaprzęg i złapać Seppalę za rękę.
Seppala wyhamował. Zabrał lekarstwo i nie tracąc czasu skierował się do Ungaklik,  gdzie musiał zdecydować się na bardzo ryzykowny  skrót przez Zatokę Nortona.
 
 
 
 

KOMENTARZE

  • @Ewa Rembikowska
    Alaska często jest nazywana last frontier - ostatnia granica. Nie tylko z przyczyn geograficznych, lecz również dlatego, że jest to ostatnia granica możliwosci człowieka. Napotyka się tutaj takie trudnosci, których nie ma gdzie indziej na świecie.
    Jak wiadomo, jest ropa na Alasce. Ale jak ją przesyłać, gdy w temperaturze minus 50 stopni rurociąg jest kruchy jak porcelana?
    W Ketchikan, które jest przecież w centrum turystycznych atrakcji, przy każdym wejściu do lasu jest znak - strzeż się niedźwiedzi. A misie tutaj nie żartują.
    Sypie śniegiem od września do maja. Przez pozostałe 3 miesiące muszki tną niemiłosiernie.
    Naprawdę ciężkie życie.
  • Przypominają się książki
    Londona i Curwooda, które pochłaniałam w młodości. To były piękne opowieści.

OSTATNIE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
     12
3456789
10111213141516
17181920212223
24252627282930
31      

ULUBIENI AUTORZY