Gorące tematy: Wolni i Solidarni Smoleńsk Zostań BLOGEREM! RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
148 postów 1005 komentarzy

poszukiwania

Ewa Rembikowska - Spojrzenie na współczesność przez pryzmat historii mojej wielkopolskiej rodziny.

O jednej karczmie, poecie i psach

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

Co mogło łączyć przybysza z dalekiej Japonii z psiarnią Towarzystwa Psów Myśliwskich na warszawskim Służewie?

 Dzieje Żółtej Karczmy

 

Dawnymi czasy w środowisku warszawskich myśliwych co jakiś czas powracał pomysł, by na obrzeżach miasta ulokować hotel dla psów, gdzie zwierzaki po sezonie polowań  pod fachowym okiem miałyby możliwość doskonalenia swoich umiejętności  oraz szlifowanie  kondycji. Nie udało się zrealizować tej idei ani w okresie zaborów, ani zaraz po odzyskaniu przez Polskę niepodległości. Towarzystwo Hodowli Psów Myśliwskich nie dysponowało takimi funduszami, by wybudować własny obiekt a z wynajmem też był problem z uwagi na specyficzne potrzeby lokatorów. W końcu z pomocą przyszedł Adam hrabia Branicki, który właśnie odziedziczył dobra wilanowskie. Nie miał pomysłu jak wykorzystać niszczejący od lat budynek przy drodze  łączącej Wilanów z Traktem Piaseczyńskim (dzisiejszą ul. Puławską). W obiekcie, który powstał w 1848 roku według projektu architekta włoskiego Franciszka Marii Lanciego mieściła się oberża pod nazwą „Belle-Vue”, czyli „Piękny widok”, bo faktycznie widok ze skarpy Mokotowskiej na rozległe pola służewieckie i wilanowskie musiał cieszyć oko.
 

Jednakże karczma na początku XX wieku zbankrutowała. Koło roku 1924 do baszty opuszczonego i zaniedbanego budynku wprowadził się student Wydziału Filozoficzno - Humanistycznego  Uniwersytetu Warszawskiego Ryochu Umeda - rodowity Japończyk. Odwiedzał go tam często, by nocą prowadzić dyskusje o poezji i literaturze, jego przyjaciel, początkujący poeta. Na imię miał Konstanty i wyjątkowe poczucie absurdu. Do pomieszczenia w baszcie, które zajął Umeda wchodziło się po drabinie murarskiej, gdyż schody się zawaliły. Z murów odchodziły płaty żółtej farby. Gałczyński przybytek ten nazwał Yellow Inn. I tak już zostało, tylko po polsku - Żółta Karczma.

 

Właściciel opustoszałego dworku, Adam hrabia Branicki był zawołanym myśliwym. W roku 1929 wynajął na 6 lat zabudowania Żółtej Karczmy na psiarnię dla Towarzystwa Hodowli Psów Myśliwskich a nielegalny lokator z Kraju Kwitnącej Wiśni został w niej psiarczykiem i stróżem nocnym. 
 

Jak to było w psim hotelu

 

Któregoś wrześniowego niedzielnego poranka 1929 roku redaktor „Łowca Polskiego” Walenty Garczyński zaprosił swojego pointera Rapa do samochodu i pojechali w kierunku Służewa. Pierwszych znajomych wyżeł spotkał przed żółtym budynkiem z wysoką basztą.
 
Potem weszli na podwórko, gdzie  zrobiło się jeszcze weselej. Tu już biegała cała czereda psów myśliwskich. W szybko przemieszczającym się kłębowisku Rap wypatrzył  siostrę  oraz  braci. Powitaniom nie było końca. Gdy pierwszy szał minął, wszyscy poszli na spacer, zwiedzać okoliczne pola i łąki.

Pointer  poczuł się od razu w swoim żywiole. Bardzo mu się tu podobało. Poprosił, aby pan spisał jego refleksje.
 - Musiałem się tu przeprowadzić. Wprawdzie u mnie w domu było mi bardzo dobrze, ale pobyt tam groził mi, że się przeistoczę w pokojowego psa. (…) Obecne warunki naszego życia w dużem mieście są tak straszne, że mi się niedobrze robi na samo wspomnienie. Samochody i walka ze wścieklizną, którą podobno się prowadzi, pozbawiły nas zupełnie możliwości jakiegokolwiek ruchu, a produkty spalania benzyny, którymi przepełnione jest obecnie powietrze w wielkich miastach, może skutecznie działają na niszczenie insektów, ale jednocześnie psują nam węch, który dla nas jest tem, czem głos dla śpiewaka (…).
 
Po tygodniowym pobycie, gdy pan w niedzielę przyjechał go odwiedzić, Rap chwalił  nawet reżim.
Cały dzień musimy być na dworze i w ruchu. Otrzymujemy po pół kilo mięsa na osobę, pół kilo warzyw, 300 gramów różnych kasz lub ryżu, 100 gramów tłuszczu. Z rana każdy z nas jest codziennie czyszczony i czesany; w razie potrzeby, poddany zabiegom leczniczym (…), poczem bierze lekcje tresury domowej. Jeśli przechodzi kurs tresury, idzie w pole (…).
Na Służewie, bezpośrednio koło Żółtej Karczmy, mamy pięć włók, prócz tego towarzystwo Wyścigów Konnych udzieliło nam zezwolenia, abyśmy odbywali ćwiczenia na terenach przyszłego pola wyścigowego, wreszcie mamy podobne zezwolenie od p. Klawego na terenach Służewca. Jest sporo zwierzyny, zajęcy, kuropatw, mamy krzaki z królikami i stawy na lato, słowem, mamy gdzie wyrabiać sobie chody i prowadzić edukację (…).
 
Co było dalej zapraszam do artykułu pod linkkiem: http://zpazurem.pl/funzone/odcinek/tytul/o_jednej_karczmie,_poecie_i_psach

KOMENTARZE

  • @Ewa Rembikowska
    Witaj

    To jest właśnie ideał. Wiem, bo miałem myśliwca, setera angielskiego. On się na pokojach dusił. Jak się już go wywiozło gdzieś hen, to pooooszedł! I trzeba było na drania czekać. Bo zawsze przychodził, czasem po godzinie.

    Pozdrawiam
  • @jazgdyni 06:14:14
    Witaj!

    Dobrze, że nie po 3 dniach.

    Psy myśliwskie - swobodę i przestrzenie mają w genach. One naprawdę źle się czują zamknięte w klatkach mieszkań. Zwłaszcza, gdy jeszcze właściciele mało z nimi wychodzą i tylko na smyczy. Masakra.


    Miłego dnia!
  • @Ewa Rembikowska 07:01:00
    Znałam syna Ryochu Umedy, Joshiho, ponieważ wżenił się w rodzinę mojej przyjaciółki.

    Mogę godzinami opowiadać, jak w lesie i w polu budził się szalony wprost instynkt myśliwski /ze specyficznym "graniem" włącznie - wiedziałam, kiedy idą śladem, a kiedy już widzą zwierzynę/ u moich... dogów niemieckich. To dzisiaj pies obronny i salonowy. Moje dogi spały ze mną w łóżku i towarzyszyły mamie w fotelach, gdy stawiała pasjanse. Ale starczyło wyjść na prawdziwy spacer do lasu czy na łąki nadmorskie i z obronnych salonowców wychodziła ich średniowieczna natura, bowiem dogi były używane w średniowieczy na płową zwierzynę. I na dodatek fantastycznie - nie uczone - współpracowały ze sobą. do tego stopnia, że jeden szedł śladem przy ziemi, a drugi - śladem w powietrzu, na wysokości psiego nosa. Mało! Gdy na łące goniły zająca, to Funio /ojciec/ gnał w linii prostej, a Dolcio /synuś, prawie 100 kg. mięśnia/ zakolem przecinał szarakowi drogę. Wtedy zaczynałam wrzeszczeć /:)/ i moje skarby odpuszczały, wracając niechętnie do mamuśki.
  • @KOSSOBOR 23:03:35
    Joshiho to niestety zmarł w ubiegłym roku.

    No proszę powili przymierzam się do napisania historyjki o dogach a kompletnie nie znam rasy. Dzięki za te ciekawe informacje. Jednak co to znaczą geny.
  • @Ewa Rembikowska 06:56:04
    Rasa cudowna. To była, wraz z jamnikami, nasza domowa pasja. Wspomogę komentarzami, gdyby coś :)

OSTATNIE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
     12
3456789
10111213141516
17181920212223
24252627282930
31      

ULUBIENI AUTORZY